Thursday, 17 April 2014

Dom.




Pogoda dziś nie rozpieszczała, dlatego cały dzień spędziłam w domu.
MOJE łóżko, MOJA gitara, MOJE książki, MOJA sterta ubrań, MÓJ pokój..
I wszystko ma tu swoje miejsce. I wiem, że gdyby nie było mnie tu nawet przez dziesięć lat,
to po powrocie gazety i zeszyty z przepisami, nadal będą leżeć na najniższej półce w kuchni,
skrawki materiałów będą schowanie w pufie, a budzik będzie stał pomiędzy złotym słonikiem a miniaturką wieży Eiffla. I nawet, gdybym przestawiała te rzeczy milion razy,
to i tak wszystko wróci na swoje miejsce. Po prostu.
Wieczorem poszłam na krótki spacer. Pusta ulica. Cisza. Spokój.
Chyba tego mi najbardziej brakuje w Krakowie. Tam wszędzie są ludzie, tłok, gwar.
Wiecznie ktoś się śpieszy, potrąca, krzyczy.. Tam nie ma ciszy, nawet w nocy.
Dlatego tak mi tu teraz dobrze.


Bo gdzie tak jak tu z wolna sączą nam się poranki,
leniwie ciekną po szybach zachody słońca
no czego chcieć więcej..
Bo gdzie tak jak tu kapryśnie kosmacą się myśli
przez pozamykane drzwi i garną się tłuste dni
no czego chcesz więcej?

Monday, 7 April 2014

Weekend.








Nareszcie się doczekałam!
Przez dwa dni wszystko było najsmaczniejsze, najpiękniejsze, najśmieszniejsze.
Najlepsze. Po prostu.
Baterie podładowane na przyszły tydzień :)

Tuesday, 1 April 2014

Rozkołysanka.




Słońce pomaga.
Jeśli już odsłaniam żaluzje, to staram się nacieszyć oczy światłem.
Razi. Ale patrzę.
Kompletnie się poprzestawiałam.
Pewnie padnę nad ranem, a w dzień będę nieprzytomna.
Do szczęścia potrzeba mi tylko 'tego' głosu, tylko 'tego' śmiechu, tylko 'tego' spojrzenia.
Jak nie ma 'tego' - usycham.
Już nawet bordowa suknia mi się nie śni...
(dowód na ogromny rozmiar smutku i powagę sytuacji!)

3:20 - chyba czas zwinąć się w kulkę.

NIECH CI SIĘ PRZYŚNIĄ DZIKIE DRZEWA
NIECH CI SIĘ PRZYŚNI KWIATÓW RÓJ
NIECH CI SIĘ PRZYŚNI LEŚNY SKRZAT
NIECH CI SIĘ PRZYŚNIĘ JA
..... tylko zaśnij .....

Tuesday, 25 March 2014

W marcu jak w garncu..


foto: Patrycja Ka.


Pogoda ma duży wpływ na moje samopoczucie. Zbyt duży. Jeden słoneczny dzień sprawił, że odżyłam. Budząc się dnia następnego miałam nadzieję na kolejną dawkę zbawiennych dla mnie promieni słonecznych, niestety rozczarowałam się odsłaniając żaluzje.. Tak więc od niedzieli wyczekuję słońca i z miną zbitego psa zerkam niepewnie przez okno.. Czekam też na pierwszą burzę. Taką wiosenną, głośną, ciepłą. Żeby móc wziąć głęboki wdech i w akompaniamencie grzmotów wybiec prosto na spotkanie grubym, ciężkim kroplom, pozwolić im przeniknąć ubranie, zatopić się we włosach i powoli spłynąć po policzku. Pamiętam jak w dzieciństwie razem z mamą urządzałyśmy sobie spacery w największe ulewy. Wystrojone w kolorowe płaszcze przeciwdeszczowe i kalosze szukałyśmy najgłębszych kałuż, żebym mogła skakać, tuptać i chlapać. Nie bałam się grzmotów, ani błyskawic. Byłam przemoczona do suchej nitki i najszczęśliwsza na świecie. A tęczowy parasol, który pamięta jeszcze czasy podstawówki mam do dziś :) Szkoda tylko, że gdzieś po drodze zgubiłam tę dziecięcą ciekawość, spontaniczność, chęć i odwagę poznania i zobaczenia wszystkiego co tylko możliwe. Myślicie, że da się to w sobie rozbudzić?

00:50 chyba czas położyć się spać.

Marzy mi się jeszcze suknia. 
Długa. 
Bordowa. 
Z gorsetem i wieloma warstwami tiulu. 
Nawet trochę kiczowata.
Chcę!